Bajki terapeutyczne

Bajki terapeutyczne to łagodna forma odkrywania prawdy o sobie, mechanizmach z których nie zdajemy sobie sprawy. Kojarzą się z opowieściami z dzieciństwa, ale pokazują całą galerię bohaterów, których problemy, smutki i tęsknoty znajdziemy w swoim dorosłym życiu. Wszystkie pisane są dla ludzi, których spotykam w swojej pracy, są prezentem ale też podsumowaniem przebytej drogi.

okładka

Było sobie królestwo, w którym rządził mądry i uwielbiany przez poddanych król.

Król miał marzenie wybudowania pięknego pałacu, do którego będą przychodzili ludzie, by spędzać z nim czas na ucztach i zabawach. Rozpoczął budowę śniąc o jego wielkości i wspaniałości. Wizja pałacu była ciągle w jego głowie, co jakiś czas się zmieniała, nigdy nie powstał plan, który dawałby pojęcie o kreowanej przez króla przestrzeni. Był wielkim kreatorem, najlepiej przecież wiedział czego potrzebuje, a może raczej wiedział co aktualnie mu się podoba. Wystarczyła jedna wyprawa do innego kraju by wrócił z głową pełną pomysłów na przebudowę komnat, na zmianę wielkości okien, dekoracji, kwiatów w pałacowym ogrodzie. Każdy kolejny nowy kawałek wydawał mu się znacznie piękniejszy od poprzedniego ale nigdy dość doskonały by się nim ucieszyć. Potrzebował kolejnych inspiracji, kolejnych wypraw, spotkań, wyjazdów i powrotów…

Na pytanie dlaczego budowa trwa tak długo odpowiadał zawsze, że szuka czegoś doskonałego, co spowoduje, że poczuje się w pałacu wystarczająco dobrze, by się w nim zatrzymać na dłużej. Nie umiał nazwać czego szuka, ale wiedział, że na pewno to znajdzie, dlatego musiał wyjeżdżać. Ciągle był w podróży – w poszukiwaniu inspiracji, nowości, ekscytujących wielobarwnością obrazów.

Po jakimś czasie stwierdził, że nie za bardzo lubi wracać pałacu, ponieważ towarzyszyło mu tam poczucie jakiegoś braku, czy niedoskonałości, której nie lubił, a która dawała dziwne poczucie kłucia pod sercem. Nie mógł tam nikogo zaprosić, ponieważ nie było tam jeszcze wystarczająco dobrego miejsca dla gości, więc pięknie zdobione komnaty wionęły pustką i dzwoniącą w uszach ciszą.

Czasami było mu przykro, bo ludzie nie rozumieli jego geniuszu tworzenia, było mu z tym bardzo źle, bo przecież budował pałac dla nich, chciał tylko żeby cierpliwie zaczekali aż będzie gotowy. Jedyną osobą, która go rozumiała był jego architekt – dopingował go w jego zmianach, przebudowywał pałac z ogromną pasją godną najlepszego przyjaciela! Nigdy mu się nie przeciwstawiał. Ciągle mu towarzyszył, nawet w odległych wyprawach po nowe meble i sprzęty niezbędne do przygotowania kolejnych komnat – prawdziwy przyjaciel, pełen poświęcenia i zrozumienia. Zgadzał się na wszystkie nowe koncepcje i z zapałem zabierał się do kolejnych poprawek i przebudów wielkiego pałacu. Nigdy nie zadawał tych wrednych pytań: Kiedy skończysz budowę? Kiedy zamieszkasz w nowym pałacu? Dlaczego to tak długo trwa? Zawsze z uśmiechem przyjmował kolejną zmianę. Godził się na wszystko czego życzył sobie król, ale w duchu myślał, że wszystko i tak zrobiłby po swojemu. Powoli stał się cieniem zamiast być przyjacielem…

Jedyne trudne pytanie, które go dotknęło i poruszyło zostało zadane przez syna ogrodnika:
Dlaczego nie zatrzymujesz się w pałacu na dłużej skoro jest on Twoim domem?

     - zapytało pewnego dnia dziecko, przynosząc naręcze świeżych kwiatów do sali koronacyjnej.

To słowo „dom” zabrzmiało jakoś mocno w jego głowie, ale szybko odgonił myślenie o nim usprawiedliwiając przed sobą i dzieckiem nieobecność tym, że przecież pałac był w ciągłej budowie. Przecież architekt opiekował się pałacem, „a może nawet go trochę na swój sposób kreował? – pomyślał pewnego dnia król, ale szybko odgonił tę myśl – przecież tylko realizował jego twórcze wizje, które jak rozsypane klocki pojawiały się dzięki kolejnym inspiracjom.

Król lubił przestrzeń, pałac mu jej nie dawał, ogród był za mały, wyprawy niosły ze sobą spotkania z ludźmi, którzy zaczęli go trochę męczyć, więc coraz częściej wymykał się samotnie w miejsca dzikiej przyrody. Tu czuł się wolny, nikt nie zadawał trudnych pytań, nikt niczego nie chciał, nie musiał spełniać niczyich próśb. Zastanawiał się, dlaczego ludzie go męczą, było to ważne pytanie, bo przecież dla nich i spotkań z nimi budował swój piękny pałac. Podczas jednego ze spacerów odkrył, że to czego nie lubi w ludziach to to, że jak zaczyna być z nimi blisko, to oni czegoś od niego chcą, a to przecież ogranicza jego wolność!
Jak oni śmią, przecież król ma prawo decydować o sobie, o tym co robi, z kim spędza czas i jakie decyzje podejmuje!

Bycie z ludźmi wiązało się z zależnością, z zobowiązaniami, z pamiętaniem o tym, co dla nich ważne, a przecież królowie tego nie robią, po to są władcami by być niezależnymi od potrzeb innych ludzi!

Podczas jednej z wypraw w lesie zobaczył mały domek, z którego okien biło ciepłe światło, słychać było śmiech dzieci i rozmawiających ze sobą dorosłych. Ostatnie kilka dni spędził sam, więc zatęsknił trochę za towarzystwem ludzi, lubił opowiadać i lubił słuchać mądrości innych. Głosów wydawało się być jednak za dużo jak na taki mały domek! Jak to możliwe, żeby w takiej przestrzeni pomieścić tylu ludzi? Rozejrzał się i zobaczył, że w oddali nadchodzili kolejni z prezentami w rękach.
- Uff, to po prostu czyjeś urodziny 
- pomyślał król - więc liczba ludzi jest uzasadniona.

Nie miał ochoty na świętowanie urodzin – przestarzały zwyczaj i ludzie są skoncentrowani na osobie obchodzącej urodziny, więc nic ciekawego nie czeka go na takim przyjęciu. Już miał odejść, gdy ze zdumieniem zauważył, że ludzie wychodząc z tego domu także nieśli ze sobą w rękach prezenty. Nowości było już za dużo, postanowił się temu przyjrzeć. Zapytał czyj to dom i w odpowiedzi usłyszał, że to dom wróżki.
- Opowieści starych babek 
 - pomyślał z lekkim szyderstwem - Muszą tu przychodzić naiwni ludzie, szukający pocieszenia w bajkach o dobrych ludziach i spełniających się marzeniach.

Wszedł do środka i zobaczył, że ludzie wchodząc zostawiają prezenty w różnych miejscach, spotykają się ze sobą nawzajem, niekoniecznie nawet witają się czy rozmawiają z wróżką. Ale było to przyjemne miejsce, ciepłe, spokojne, jakieś dziwnie bezpieczne, chociaż dom był mały i w sumie bardzo pospolicie urządzony w środku. Spodziewał się spotkać jakąś miłą staruszkę, jednak zobaczył ładną uśmiechniętą kobietę w zwiewnej kolorowej sukience o twarzy, na której uśmiech zdawał się być stałym gościem. Szeroki uśmiech powodował dziwną lekkość w byciu w tym miejscu. Kiedy ktoś chciał już wychodzić wróżka na odchodne pytała:
- Czy znalazłeś odpowiedź na swoje pytanie? Może zechciałbyś zabrać coś, co będzie ci o niej przypominać?
Śmieszne 
- pomyślał król - To wróżka nie używa magicznej rożdżki, ani zaklęć tylko pomaga szukać odpowiedzi? I na dodatek pozwala zabierać swoje prezenty?

Wtedy go olśniło, że ci ludzie nie przynoszą prezentów dla niej tylko dla siebie nawzajem i to tworzyło magię tego miejsca – ludzie dawali i brali od siebie nawzajem. Zupełnie tego nie rozumiał, wtedy ona podeszła i zapytała, czy chciałby coś wziąć dla siebie. Rozejrzał się po pokoju.
- Nic nie przyniosłem, więc nic nie mogę wziąć – powiedział hardo podnosząc głowę.
- Nie musisz nic dawać, żeby coś wziąć, wystarczy, że jesteś – powiedziała z uśmiechem.
- Nie jestem żebrakiem, jestem królem i niczego nie potrzebuję. Chyba nie wiesz kim jestem.
- W takim razie pokaż mi kim jesteś, jak żyjesz i co jest dla ciebie ważne.
- Dobrze, zapraszam cię do mojego pałacu, nie jest co prawda jeszcze gotowy na przyjmowanie gości, ale mogę ci go pokazać. Może czegoś się nauczysz w kwestii urządzania domów, ten twój jest mały i strasznie pospolity, powinnaś nauczyć się korzystać z wielu rzeczy. Pamiętaj tylko, że nie mogę zaprosić cię na dłużej, tylko na chwilę, na spacer po pałacu, ponieważ nie jest on jeszcze skończony.

Oprowadzanie po pałacu okazało się być prawdziwą przyjemnością dla niego, chociaż rzadko to wcześniej robił. Nie chciał go pokazywać, żeby ludzie nie widzieli różnych niedoskonałości, które ciągle wymagały poprawy, obawiał się, że mogą coś skrytykować. Ona robiła wrażenie zgadzającej się na wszystko co ludzie do niej przynosili więc wydawała się być niegroźna. Z jakimś dziwnym uwielbieniem patrzyła, kiedy opowiadał, Poza tym była bardzo zajętą ludzkimi sprawami wróżką, więc na pewno przyjdzie tylko na chwilę i potem sobie pójdzie, a on będzie mógł jej pokazać jak mogłaby żyć gdyby tylko chciała, to będzie jego prezent dla niej, kto wie, może nawet podaruje jej jakiś mebel, jeśli uzna, że pasuje do jej małego domku.

Podobał mu się jej uśmiech i to z jakim zachwytem przyjmowała prezenty, które przynosili do jej domu zwykli ludzie. Wiedział, że przepychem pałacu przyćmi jej mały domek i wywoła zachwyt na twarzy. Rozpoczęli spacer po komnatach zamku. Opowiadał o meblach które kupił, kilimach przywiezionych z dalekich krain, kamieniach, które tworzyły mozaiki na podłodze. Wydawało mu się, że idzie w określonym kierunku, ponieważ znał to miejsce, sam je tworzył, zmieniał, poprawiał. W miarę wędrówki coraz więcej było przedmiotów, a coraz mniej jasności, w której części pałacu się znajdują. Zaczął się obawiać, że może nie wystarczyć dnia na obejście całego pałacu i wtedy będzie musiał się nią jakoś zaopiekować, a przecież nie było jeszcze gotowych pokoi dla gości. Ona wpatrzona słuchała jego opowieści, trochę złościło go to, że momentami bardziej podobały się jej barwne kwiaty na dywanie ogrodu u stóp pałacu, niż piękne i bogate marmurowe posadzki, ale w sumie sam z przyjemnością patrzył na ogród, kiedy kolejny okrzyk niemal dziecięcego zachwytu wypełniał wnętrze pokoju. Prawie nie pamiętał jaki jest piękny, kwiaty były takie prozaiczne i każdy właściwie mógł je mieć, dlatego mało poświęcał im uwagi. Ona była tak zwyczajna w tym zasłuchaniu i zapatrzeniu w rzeczywistość, którą wykreował, że sam zaczął się nią na nowo cieszyć, jakby odkrywał zapomniane przez siebie miejsca.

W pewnym momencie stanął przy oknie wielkiej komnaty i z przerażeniem odkrył, że nie wie w której części się znajdują, ani gdzie powinni iść. W jego głowie nie było mapy pałacu! Nie potrafił przewidzieć do jakiego kolejnego pokoju wejdą, co w nim zastaną, jakiej będzie wielkości i jakie ma przeznaczenie… W połowie drogi poczuł, że już nie chce iść dalej, że nie chce odkrywać kolejnych zapomnianych komnat, że one nie niosą ze sobą obrazów, tylko są masą martwych przedmiotów, które otulają go delikatną mgłą smutku. Chciał wrócić, ale nie znał drogi!! Pałac stał się labiryntem pokoi, które nie były uporządkowane, nie łączyły się ze sobą, nie miał w głowie żadnej mapy, która dałaby bezpieczeństwo poruszania się. Wróżka stała wpatrzona w zachodzące słońce mieniące się ciepłymi kolorami, a on stał bezradny, zgubiony we własnej przestrzeni. To miejsce było się dla niego obce i nieprzewidywalne, a przecież budował je przez ostatnie kilka lat, by było pięknym i zachwycającym miejscem dla ludzi, których chciał tu zaprosić.

Ludzie – no właśnie, dla kogo właściwie był ten pałac? Kto czułby się w nim dobrze? Kogo chciał w nim gościć? Właściwie nigdy nikogo nie zapytał w jakim otoczeniu czułby się dobrze, bo przecież to on wiedział najlepiej czego potrzebują inni ludzie i ciągle poprawiał wnętrza dla nich…

Nie wiedział co ma zrobić, czuł, że głowa mu pulsuje, masa myśli powodowała jakąś bitwę, potworny lęk ogarnął całe jego ciało, nie mógł zrobić kroku, chciał uciec, ale nie wiedział w którą stronę ma się poruszać. W jego głowie było mnóstwo myśli, ale one także tworzyły labirynt w którym nie potrafił się odnaleźć.

Wróżka wzięła go delikatnie za rękę i poprosiła, żeby opowiedział jej o ludziach, których spotkał podczas swoich wypraw i emocjach, które tym spotkaniom towarzyszyły. Dotyk jej dłoni okropnie go wystraszył. Była strasznie blisko, przestraszył się, że będzie chciała go poprowadzić przez jego pałac, to byłoby nie do zniesienia, gdyby wiedziała lepiej od niego, jak się po nim poruszać! Ale była przecież wróżką, może użyje zaklęcia i to wszystko magicznie uporządkuje. No tak, ale wtedy będzie musiał być jej wdzięczny, może czegoś będzie od niego chciała, może uporządkuje pałac po swojemu. Nie mógł na to pozwolić. Nie pozwolił jej trzymać się za rękę, ale stał bezradny, nie znajdował odpowiedzi na dziesiątki pytań, które teraz stały się jakąś wojną w jego głowie.

Po co właściwie budował to miejsce? Co było siłą napędową jego działania? Dlaczego było tu tak dużo pustej przestrzeni skoro wypełniało ją tyle pięknych przedmiotów?

Wróżka znowu wsunęła dłoń w jego dłoń i powtórzyła swoją prośbę:
- Oprowadź mnie po pałacu opowiadając o ludziach, których spotkałeś podczas tych wypraw, o uczuciach, które ci wtedy towarzyszyły.

Uff, nie chciała go prowadzić, poprosiła tylko, by to on ją oprowadził. Była zdana właściwie na niego w tej wielkiej przestrzeni, poczuł się za nią odpowiedzialny w tym chaosie wielkich nieuporządkowanych komnat. Nie bała się, stała i czekała, aż on znajdzie drogę. Cierpliwie stała powtarzając pytanie o ludzi i uczucia. Początkowo w natłoku pędzących myśli nie umiał sobie przypomnieć miejsc, które wiązały się z konkretnymi przedmiotami.
- Pomyśl o kolorach, o porze dnia, o smaku potraw – powiedziała wróżka.

Tak, to dobrze znał i umiał o tym opowiadać, kiedy zaczął mówić, w jego obrazach powoli pojawili się ludzie. Pamiętał dobrze spotkania, które niosły ze sobą mnóstwo emocji. Zauważył, że przestała patrzeć na ogród, cała była skoncentrowana na nim i jego opowiadaniu. Niemal z uwielbieniem na twarzy słuchała jak opowiadał o ważnych dla niego ludziach. Podczas opowiadania zaczął czuć wspomnienia. Poczuł jak bardzo ważne były te spotkania, jak dużo dawał innym ludziom i jak bardzo oni ubogacali jego, uczyli się od siebie nawzajem, czasami spierali, ale tworzyli, odkrywali, budowali razem, te spotkania były nieustanną drogą ku rozwojowi. Dopytywała o emocje, o kolory, o to, co było dla niego ważne – naprawdę była zainteresowana jego opowiadaniami. Przedmioty nagle gdzieś zniknęły, stały się tłem dla uczuć i spotkań. Opowiadał czego w czasie tych spotkań nauczył, ale też odkrywał, że zostawiał tych ludzi, nie wracał w te same miejsca, zapominając o nich z lęku przed tym, że mogą wejść w jego świat i go zmieniać, a przecież każde spotkanie pozostawiało coś, co go zmieniało – wewnątrz i na zewnątrz – każda komnata była rezultatem innego spotkania. Uczucia pozwalały mu nazywać, czego od nich doświadczył, chociaż słowo miłość było zbyt trudne do wypowiedzenia, ubierał je w przyjaźń, zaufanie, wspólną przygodę, dobre spotkania… Czuł jednak, że są to słowa trochę „zamiast” bo tamto byłoby znowu zbyt zobowiązujące, bo niosłoby ze sobą odpowiedzialność…

Doszli do drzwi wejściowych, wróżka stanęła w geście pożegnania. Z uśmiechem zadała kolejne pytania:
- Co pomogło ci znaleźć drogę? Co było najważniejsze w tych spotkaniach?Jakie najważniejsze słowa prowadziły cię przez ostatnie kilka godzin spaceru?

Król zamyślił się na chwilę, ale serce od razu znalazło odpowiedź:
- Dawanie, odpowiedzialność i miłość – DOM…

Wszystkie te drogowskazy były w nim, ukryte w jego sercu, ale on je wyłączył, bojąc się zależności, bo z tym mu się do tej pory te słowa kojarzyły… Teraz patrząc na nie przez pryzmat emocji zobaczył, że dają bezpieczeństwo i jasną przestrzeń, do której każdy może być zaproszony…

Nie potrzebował magicznych zaklęć wróżki. Magia odpowiedzi była w nim, ona zadała tylko zwyczajne pytanie, które pozwoliło otworzyć drzwi serca. Dopiero kiedy zaczął mówić z serca znalazł prawdziwą drogę do domu…

IMG_0518

Dziewczynka z kopalni.

Róża od wczesnych lat była bardzo odpowiedzialną i dzielną dziewczynką. Jej rodzice zajęci byli ważnymi sprawami i ona też czuła, że stratą czasu jest gonienie za motylami czy szycie nowych kolorowych sukienek dla lalek – zabawy małych dzieci z sąsiedztwa. Mocno stąpała po ziemi, była rozsądna i dzielna i to była jej siła, której wiele osób jej zazdrościło.

Pewnego dnia powierzono jej bardzo ważne zadanie.

Miała przynosić jedzenie do kopalni, w której wydobywano cenny kruszec, ważny dla całego królestwa, w którym mieszkała. Była tym ogromnie przejęta, czuła, że to ważne zadanie, że została wybrana. Dostawała pieniądze od zarządcy kopalni i sama robiła zakupy jedzenia – niezwykle była z tego dumna, ponieważ czuła, że od niej zależy dbanie o tych ludzi. Bardzo więc starannie codziennie wybierała i pakowała jedzenie dla robotników.

Po pewnym czasie przychodząc do kopalni zauważyła, że jedzenia jest zdecydowanie za mało, by nakarmić wszystkich pracujących na nocną zmianę i że dostają je tylko ci, którzy są silniejsi i szybciej dobiegają do miejsca w którym je zostawia. Zauważyła też, że ludzie, którzy nie mieli siły by dalej pracować są czasami popychani przez dozorców i innych robotników, pomyślała, że tak musi być bo przecież są słabi i trzeba ich mobilizować.

W słoneczny poranek, gdy przyszła rano z jedzeniem zobaczyła jak jeden z robotników został mocno popchnięty przez głównego dozorcę, ponieważ nie dość szybko zszedł mu z drogi. Upadł boleśnie raniąc się w rękę, a dozorca kopnął go mówiąc, że jest niedojdą, który nie potrafi sprostać prostemu zadaniu. Róża krzyknęła przestraszona widząc krew. Ktoś z boku mocno ją szturchnął i kazał być cicho, żeby nie rozzłościła dozorcy, który rzadko tu bywał, ponieważ nie lubił ciemności i bardzo go ona drażniła. O dziwo, kopnięty robotnik szybko się pozbierał i mimo rany na ręce zaczął pracować energiczniej od pozostałych.

Zostawiła jedzenie i szybko pobiegła do domu.

Było jej smutno i źle, bo pomyślała, że przynosi im za mało jedzenia, przez co oni są słabi i nie dają rady pracować. Postanowiła coś z tym zrobić. Zamieniła droższe jedzenie na tańsze, miała więc dużo chleba, sera i cebuli – może mniej pożywne od mięsa, warzyw i owoców, ale przecież mogło wystarczyć dla większej liczby osób. Niestety nadal go nie wystarczało, a dodatkowo wiele osób przestało być zadowolonych z tego co przynosiła. Postanowiła więc zacząć pracować, by móc dostarczyć więcej jedzenia – najlepiej płatna praca była właśnie w kopalni.

Przynosiła więc rano jedzenie a potem zostawała na cały dzień w kopalni. Pracowała bardzo dzielnie starając się spełnić oczekiwania dozorcy od którego oceny i zadowolenia zależało jej wynagrodzenie. Bywała tak zmęczona, że przestała dbać o to, jak zapakowane jest jedzenie, jednak bardzo cieszyło ją to, że jest go więcej i że dostarczy go wielu ludziom, którzy dzięki niej nie będą głodni. Czasami martwiła się patrząc jak jej rączki przestają być białe, a potargane włosy nie przypominają już koloru zboża lśniącego w słońcu, ale odpędzała te myśli, jako niepotrzebne i zbyteczne rozczulanie się nad sobą. Po kilku tygodniach jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności panującej w kopalni i zaczęła się w niej sprawnie poruszać. Spędzała coraz więcej czasu w kopalni widząc jaki ogrom pracy jest do wykonania, a każdy kolejny tunel, do którego wchodziła odsłaniał nowe obszary wydobycia. Obiecywała sobie, że to już ostatni tunel i że potem wróci na powierzchnię, żeby zadbać o jedzenie, dla siebie i innych. Praca w kopalni przecież ją hartowała i wzmacniała.

Pewnego dnia została wezwana na górę do dostarczenia jedzenia na stół w sali, w której świętowano tegoroczne niezwykłe wydobycie kruszcu. Nie zdążyła się przebrać i dopiero w głównej sali zobaczyła, że jest blada i że trudno jej przepychać się do głównego stołu wśród ludzi, którzy bardzo rzadko bywali na dole w kopalni. Najbardziej rozpychał się główny dozorca, który chełpił się wyjątkowym wydobyciem w tym miesiącu. Z wysoką podniesioną głową wymachiwał nagrodą, którą otrzymała pod jego rządami kopalni. Stanęła pośrodku sali jakby oślepiona światłem dnia…

Pomyślała o ludziach z dołu… Pracowali tam ze spuszczonymi głowami, jakby nie cieszyło ich to, jak cenny kruszec wydobywają. No właśnie, dlaczego ich to nie cieszyło…dlaczego nie widzą ogromu pracy, którą wykonują… dlaczego…

W ciemności można ukryć ból i okrucieństwo, którego nie dałoby się ukryć w blasku dnia….