O empatii i jej braku

Siedzę na korytarzu i czekam na badanie – niby nic, bo tylko kontrolne, ale jak przed każdym badaniem odczuwam napięcie. Przyjechałam specjalnie wcześniej, czyli o 10.30 żeby zdążyć z wynikami na 12.20 do lekarza w inną część Warszawy, oczywiście tydzień wcześniej uzgodniłam to z lekarką wykonującą badanie. Czekam cierpliwie, choć co chwilę ktoś wchodzi, jakiś pacjent, z pilną potrzebą, pielęgniarka, która potrzebuje o coś zapytać, jest 11.30, moje napięcie rośnie, że nie zdążę i że to będzie kłopot…

Wtedy z gabinetu obok wychodzi lekarz, wchodzi w drzwi, przed którymi czekam, chwilę tam zostaje po czym nie zamykając drzwi wartkim krokiem idzie po swoją pacjentkę, z którą wchodzi na konsultację. „O rany, to się nie dzieje naprawdę” mówię cicho w akcie bezradności, czas leci nieubłaganie. Po kwadransie lekarz wychodzi z gabinetu i mamy taką oto wymianę zdań:

- Niepotrzebnie się pani denerwuje, moja pacjentka wychodzi już za chwilę.
- Moim zdaniem potrzebnie panie doktorze ponieważ za pół godziny mam wizytę w innej części Warszawy i martwię się, czy zostanę przyjęta, jeśli przyjadę z opóźnieniem.
- Oj to szkoda, że pani nie mówiła jak wchodziłem.
- Nie mówiłam, ponieważ pan nie pytał.
- No tak, ale gdyby pani mówiła to bym przecież nie wszedł.
- Panie doktorze, czy uważa pan, że pacjent, który jest zależny od lekarzy pozwoli sobie na przeciwstawienie się doktorowi, który wchodzi do gabinetu jak do swojego? Gdyby pan zapytał to na pewno bym powiedziała, że dla mnie to kłopot, ale pan uznał, że to nie jest kłopot, że zaczekam kolejne 15 minut, gdyż nie wie pan przecież ile już tu czekam…
- Właściwie to ma pani rację…

…odpowiedział lekarz zmierzając do swojego gabinetu.

…żeby być sprawiedliwą dodam, że Pani doktor pozostająca za drzwiami, która zdaje się słyszała naszą wymianę zdań, próbowała mnie uspokoić, że zrobi wszystko, żebym wyszła jak najszybciej i że na pewno zdążę dojechać na czas…

… spóźniłam się, ale lekarz był wyrozumiały…

end