„Jakie jest Twoje zaklęcie?”- zapytała prowadząca spotkanie. 

Jadąc na warsztaty wydawało mi się, że ja to wiem! Albo przynajmniej wiem, z jakiej grupy zaklęć pochodzi moje zaklęcie. Przecież czytałam książkę doktor Agnieszki Kozak dwa razy! Ten drugi raz tuż przed warsztatami! Przecież musiałam być dobrze przygotowana jadąc na spotkanie do Ostródy! Na warsztaty do kobiety, którą słucham i podziwiam od tak dawna…

 „To jest coś w stylu: „Nie wydziwiaj”. „ Nie rób kłopotu”. „Zniknij” – odpowiadam.

Agnieszka kręci jednak głową… „Chyba nie” – mówi.

Widzę wyraźnie, że ona chce trafić precyzyjnie w samo sedno…

Ale ja nie wiem! Nie znam odpowiedzi! Czuję, że serce wali mi w piersi jak oszalałe! Boję się tak bardzo, że ze strachu szumi mi w uszach! „Nie wiem! Nie wiem! Za moment zdarzy się coś strasznego!” – myślę.

„ A może Twoje zaklęcie brzmi: Tylko niewidoczna mogę być bezpieczna”? – pyta Agnieszka.

Tak! Czuję, że to jest to! To jest to zaklęcie, które trzymało mnie w zamknięciu od tylu lat! To jest to zaklęcie, leżące na dnie mojej duszy. Sprowadzające ciągły mrok, smutek i strach. 

Agnieszka wydaje się być zadowolona.

Zaraz, zaraz… Jaka Agnieszka ?

Przecież to jest Królowa Agnieszka! Nie wolno mi do niej i o niej mówić tak zwyczajnie… Po imieniu. Przecież od razu widać, że to królowa! Chodzi każdego dnia ubrana w piękną sukienkę. Włosy ma ślicznie uczesane. Elegancki makijaż. Wyprostowana sylwetka! Po prostu królowa. Jedyna królowa na tej sali. Królowa Matka! 

Droga Agnieszko,

Nie wiem dokładnie, na czym polega zjawisko przeniesienia … Nie byłam nigdy wcześniej w terapii , w której używałoby się takiego pojęcia. Byłam kilka razy na konsultacjach u pewnej psycholożki, ale tam, w jej gabinecie jakoś nigdy nie pojawił się nam temat relacji z moją matką. I chyba wiem dlaczego… Tamta psycholożka była po prostu inna.  Albo ja byłam wtedy w innym punkcie mojego życia. 

Fakt jest jednak taki, że odkąd zaczęłam słuchać Twoich podcastów i zaczęłam czytać Twoje książki, coś mnie do Ciebie ciągnęło. Bardzo chciałam się z Tobą spotkać i porozmawiać. Zobaczyć „na żywo” jaka jesteś i co mówisz. 

Nie przypuszczałam jednak, że będę się Ciebie tak bać. 

Bać tak, jak w dzieciństwie bałam się mojej matki. 

W swojej mądrości zaproponowałaś nam jednak świetne ćwiczenie! 

Powiedziałaś, by poszukać rzeczy, za które można być wdzięcznym rodzicom, bo przecież mogły być rzeczy, które robili dobrze. Powiedziałaś, żeby znaleźć takie rzeczy, które wniosły coś dobrego do mojego życia. Podziękować za nie i pożegnać ich.

Napisałam więc list do moich rodziców. Do tej prawdziwej matki, która mnie wychowywała w dzieciństwie i do ojca, którego prawie nigdy nie było. 

Zobaczyłam rzeczy, za które mogę im podziękować.

Ale zobaczyłam też coś więcej…

Zobaczyłam te dobre rzeczy, które są we mnie złożone oraz to, że te moje zasoby mogą stać się  dla mnie źródłem bezpieczeństwa i oparcia!

Ale nie stało się to samo z siebie, przypadkiem… To prowadząca warsztaty- świadoma mojego lęku- zapytała: „ Czy chciałabyś usłyszeć, w jaki sposób widzi Cię i odbiera grupa?” 

Byłam w takim szoku, słysząc to pytanie, że nie pamiętam nawet, jakiej udzieliłam odpowiedzi. Ale musiała być chyba twierdząca, bo już za moment, z różnych ust zaczęły docierać do mnie słowa. 

A ponoć utkani jesteśmy ze słów… 

Usłyszałam mnóstwo miłych rzeczy na mój temat. Trudno mi było uwierzyć, że to co słyszę, może być prawdą… A jednak słowa padały nadal. 

Patrzyłam oniemiała… I czułam, że zaklęcie powoli traci swoją moc. 

Oto znalazłam przeciwzaklęcie, które brzmiało: Mogę być bezpieczna, gdy jestem widoczna! 

I wtedy została ogłoszona przerwa. 

Droga Agnieszko, 

Chyba nawet nie wiesz , jak wielką bitwę stoczyłam z Tobą (a może raczej z Królową Matką) w trakcie tej drogi na obiad. 

Wyszłyśmy z Twojego mieszkania i szłyśmy do restauracji, idąc ramię w ramię, gawędząc po drodze. Rozmawiałyśmy o biznesie, o Internecie, o książkach. Niby nic… A jednak… 

W pewnym momencie  powiedziałaś mi o tym  jak dobre rzeczy we mnie widzisz. Zaczęłaś opisywać mnie w samych superlatywach, a ja nie mogłam tego wytrzymać.  Sięgnęłam więc po jedyną znaną mi broń i ugodziłam w Ciebie! Powiedziałam Ci coś okropnego ( Ty sama wiesz co 🙂 Coś, co miałam nadzieję, Cię jakoś zatrzyma i jednocześnie utwierdzi mnie w przekonaniu, że się mylisz. Bo przecież musiałaś się mylić i to ja wiedziałam lepiej… Wiedziałam od lat, jak okropna jestem a Twoje słowa nie mogły być prawdą. 

Ugodziłam więc w Ciebie, stosując szyderę! Powiedziałam coś, co miało odebrać Ci godność człowieka i sprowadzić na ziemię. 

Tak naprawdę chciałam Cię w ten sposób zepchnąć z Twojego królewskiego tronu.

Ale Ty się nie dałaś!!! 

Nazwałaś po imieniu moją broń i zidentyfikowałaś ją jako szyderstwo. Udowodniłaś mi w sposób niebudzący żadnych wątpliwości, że to ja – próbując odebrać należne Ci miejsce- podążam niewłaściwą drogą.

Obroniłaś swoją pozycję, a ja ujrzałam w tym Twoją Moc! 

Obroniłaś swój królewski tron i zaprezentowałaś w ten sposób swoją wielką odwagę i siłę! 

Zrozumiałam swój błąd i zapragnęłam cofnąć te słowa… 

Przeprosiłam Cię, bo tylko tyle mogłam w tej sytuacji zrobić. 

A Ty sprawiałaś wrażenie kogoś, kto przyjmuje moje przeprosiny.

Przy pomocy moich przeprosin chciałam wyrazić przekonanie, że szanuję to, co mówisz i uznaję Twoją godność, której Ty zresztą ani na moment nie utraciłaś. Udowodniłaś mi wyraźnie, że „godność królewska jest w nas wpisana”-dokładnie tak jak to często tłumaczysz w swoich podcastach.

To, że mi przebaczyłaś było dla mnie niebywałe! Moja matka mi przecież nigdy nie przebaczała tego typu przewin i zawsze wykorzystywała je jako okazję do zemsty.

Tym bardziej więc zapragnęłam stać się kimś takim jak Ty! Bo zobaczyłam tkwiące w tym bogactwo niewyczerpalnej siły. Zobaczyłam w tym zarówno Miłość do samego siebie, która umie obronić przed atakiem z zewnątrz , ale i Miłość do drugiego człowieka, która potrafi przebaczyć.  

Nawet mi…

Może na Tym właśnie polega akceptacja i przyjęcie? 

Wróciliśmy z przerwy obiadowej i nasza praca w grupie trwała dalej.

Droga Doroto,

Dziękuję, że przyjechałaś na te warsztaty. Domyślam się oczywiście, że przyjechałaś tam głównie dla siebie, ale czasami czułam się tak, jakbyś przyjechała tam również dla mnie… 

Kiedy się odzywałaś i mówiłaś coś o sobie, to wielokrotnie miałam wrażenie, jakbyś mówiła o mnie! To było dziwne, a jednocześnie bardzo pomocne, bo ja nie umiałam pewnych rzeczy nazwać, a Ty znajdowałaś na to stosowne słowa. 

Widziałam, że jesteś w innym punkcie swojego życia niż ja jestem, jesteś przecież ode mnie dużo młodsza, a jednak wydawałaś mi tak bardzo do mnie podobna. Jak siostra! Młodsza siostra!

Widziałam, że podobnie jak ja miałaś problemy ze swoją matką i zobaczyła w Tobie pragnienie, by wreszcie uwolnić się z ciążącego nad Twoim życiem zaklęcia. Słyszałam jak próbujesz wypowiedzieć te ważne dla Ciebie słowa, które przyniosą Ci upragnioną wolność. Była w Tobie taka wielka determinacja, bo to Ty- jako jedyna uczestniczka- przejechałaś samochodem ponad 500 kilometrów do Ostródy. Byłam więc pewna, że dostaniesz tu to , czego potrzebujesz. I cieszę się – bo sama mi to ostatecznie powiedziałaś- że dostałaś od naszej grupy ogromną siłę od zmiany Twojego życia. 

Droga Paulino,

Chcę Ci powiedzieć, że pomyliłam się co do Ciebie! Bo pierwszego dnia, gdy zaczynały się nasze warsztaty, zobaczyłam młodą i uśmiechniętą dziewczynę, i uznałam, że to nie jest miejsce dla Ciebie, bo przecież gołym okiem widać, że Ty świetnie sobie radzisz… 

Ale z biegiem czasu dostrzegałam to coraz wyraźniej, że mimo dzielącej nas różnicy pokoleniowej, my też jesteśmy siostrami! I bardzo mnie zainspirowało Twoje przeciwzaklęcie.  Ja też zapragnęłam wypowiadać głośno słowa: ”Chcę wreszcie żyć własnym życiem!” 

Dziękuję Ci za to, że byłaś dla mnie „lustrem” i częścią naszego „stada”.  

Słuchając słów wypowiadanych przez innych uczestników warsztatów, patrząc na ich postawy i wzajemne traktowanie się pełne uczciwości i akceptacji, na straży której stała Agnieszka, zaczęłam odczuwać, jak rośnie we mnie siła i zdolność zobaczenia więcej niż dotychczas. 

„Wszystko czego się boisz jest po drugiej stronię lęku” powiedział pewien mężczyzna, mając na myśli fakt, że trzeba odwrócić się plecami do źródła strachu. Bez toczenia dialogów z tym co tak przeraża.

Tylko patrząc prosto przed siebie!

Pomyślałam, że skoro tak mnie zatrważa ta gigantyczna „loża szyderców”, tkwiąca w mojej głowie, mogę spróbować na nią nie patrzeć. Zaciekawiło mnie wręcz, co zobaczę, gdy stanę do niej plecami… Co tam będzie, gdy stanę odwrócona plecami do mojej prywatnej „loży szyderców”?

I stanęłam.

Zobaczyłam scenę!

Na tej scenie byłam ja i -o dziwo!- stał też tron, który był pusty.  

Dzień wcześniej zdawało mi się, że o tron mojego życia trzeba będzie stoczyć jakąś strasznie trudną i krwawą bitwę.

A oto, ten tron stał i czekał… Pusty. Wszystko, co trzeba było zrobić, to po prostu na nim usiąść. 

W czasach, gdy władało mną zaklęcie, myślałam , że to nie wypada, bym to ja siedziała na tym tronie, że tak nie powinno się robić, że to nienormalne…

A jednak, patrząc na ten tron w trakcie warsztatów, olśniło mnie, że siadając na tym tronie przywracam naturalny porządek rzeczy. Przecież ten tron przynależy do mnie i ja nikomu go nie kradnę. Każdy człowiek ma swój własny tron. A ten akurat przynależy do mnie!

Siadając zatem na moim tronie, wypowiedziałam sobie i światu słowa: „ I am the Quinn!” 😉 

Dotarło do mnie, że siedząc na własnym tronie mogę patrzeć na moje życie widząc znacznie więcej i szerzej niż dotychczas. Mogę  z tego tronu słuchać, kogo chcę. Mogę wreszcie zarządzać moim życiem. 

Ale na tym nie koniec. Choć wydaje się to być prawdziwą magią, nie widziałam jedynie własnego tronu…

Wiele razy w trakcie warsztatów rozmawialiśmy wszak o relacjach, które tworzymy z innymi ludźmi. Mówiliśmy o tym, że czasem czujemy się od kogoś gorsi, a innym razem lepsi lub nawet próbujemy pozbawić jakiegoś człowieka jego godności. 

Zobaczyłam więc równolegle inny obraz, podobny do finałowej sceny, która rozgrywa się w  „Opowieści z Narnii” S.C. Lewisa. 

Tamta baśń- też o zaklęciach- kończy się sceną, gdy oto król Piotr, królowa Zuzanna, król Edmund i królowa Łucja zasiadają na swoich tronach. Siadając na nich , siedzą równo i mają wzrok na tej samej wysokości. Nikt z nich nie jest wyżej i nikt z nich nie jest niżej. Kiedy każdy z nich zasiadł na swoim miejscu, to w Narnii zapanował wreszcie pokój. 

Olśniło mnie więc, że właśnie to może być drogą do tego, żeby i nasz świat stał się trochę lepszy… Bo podobnie jak ci królowie z Narnii, tak każdy z nas – każdy uczestnik tego „stada”  i nie tylko tego- też może usiąść na swoim tronie. 

A kiedy na swoim tronie zasiądzie Królowa Paulina , Król Krzysztof, Królowa Agnieszka oraz Królowa Sylwia, to w tych naszych krainach – w tych naszych światach relacji, które budujemy z ludźmi wokół nas- może wreszcie zapanować pokój, harmonia i piękno.

A przecież tak wielu z nas marzy o tym, by w naszych relacjach zapanowała harmonia i pokój. Bez walk, bez podkradania sobie wzajemnie tronów, bez spychania siebie nawzajem z naszych własnych miejsc. Kiedy każdy z nas siedzi na własnym tronie, wtedy też piękno, które zostało w nas złożone, może być widoczne dla wszystkich i może lśnić swoim naturalnym blaskiem. 

„Może to wtedy właśnie służymy sobie nawzajem najefektywniej? Gdy każdy posługuje się swoimi talentami bez lęku, że ktoś inny będzie chciał go zepchnąć z jego własnego miejsca…  I może ten świat stanie się przez to piękniejszym miejscem?” -pomyślałam. 

Ale najgorsza bitwa była dopiero przede mną… Trzeciego dnia!

Droga Agnieszko,

Gdy trzeciego dnia stałam w moim hotelowym pokoju przed otwartą na oścież szafą, zastanawiając się, co na siebie włożyć, wiedziałam, że bardzo potrzebuję odwagi. W przenośni i dosłownie.

„Skoro – jak odkryłam to już wcześniej-mam w sobie własną Lożę Szyderców, to może mieszka w mnie również Dobra Wróżka, która może mi podarować wszystko, czego potrzebuję?” – pomyślałam. 

„ W co chciałabym się dziś ubrać?” – zadałam sobie pytanie. 

W mojej hotelowej szafie wisiała sukienka, czerwona. To w jej kierunku powędrowała mi ręka i wypowiedziałam w swoim sercu słowa: „ Chcę Ci dziś podarować sukienkę odwagi”. 

Ale to nie było wcale takie proste…

Ubierając się w tę sukienkę umierałam ze strachu. Przecież moje zaklęcie brzmiało: ”Tylko niewidoczna możesz być bezpieczna!”. A pech chciał, że akurat jedyna sukienka, którą przywiozłam ze sobą do Ostródy była w kolorze czerwonym.

 Pragnęłam jednak ubrać sukienkę i dać sobie w ten sposób swoisty znak, który złamie moje „zaklęcie”… 

Ale był jeden kluczowy problem…

Przecież sukienki to atrybut Królowej Agnieszki!

Bałam się tego, co powiesz, bo dotąd jedyną Królową w naszej grupie byłaś Ty. Co powiesz, gdy jakaś inna kobieta będzie miała czelność też ubrać sukienkę? I wyrazić w ten sposób fakt, że ona również chce być królową. 

Moja matka – ta z dzieciństwa- chyba by mnie za coś takiego zabiła… W domu, w którym się wychowywałam , królowa mogła być wyłącznie jedna! I zawsze była nią moja mama! Wymagała bezwzględnego posłuszeństwa. A kiedy wymierzała mi kary, mówiła zawsze, że jest na mnie zła dlatego, że chce mnie dobrze wychować! I gdybym ja nie była taka krnąbrna, to ona nie musiałaby się tak strasznie zdenerwować. A zatem to była zawsze moja wina. 

Próbując przetrwać w takim domu, dostosowałam się do zaklęcia „Tylko niewidoczna możesz być bezpieczna”. Bywały dni, gdy próbowałam sięgać po jakieś prawa dla mnie, ale Królowa Matka zawsze mnie pacyfikowała. Nauczyłam się więc, że najlepszą strategią na przetrwanie będzie unikanie jej. Gdy wrzeszczała „Zejdź mi z oczu!” , schodziłam z linii jej wzroku i znikałam siebie.

Jesteśmy utkani ze słów… Również z tych złych… 

A oto w Ostródzie zamarzyło mi się ubrać czerwoną sukienkę i zdjąć z siebie zaklęcie bycia niewidoczną.

Siedziałam więc jak zastygnięta, wypatrując z niepokojem pierwszej reakcji Królowej Agnieszki. Czy wyrzuci mnie z sali? Czy powie, zejdź mi z oczu? Czy nie będzie na mnie patrzeć i ukarze obrażeniem się na mnie? Czy okaże swoją dezaprobatę z powodu mojej „bezczelności”? Jakże ktoś może sięgać po atrybut bycia królową i próbować równać się z nią.

Agnieszka się wtedy jednak odrobinę spóźniła na zajęcia… 

Droga Agnieszko,

Gdy weszłaś nieco spóźniona na salę, widziałam, że na mnie spojrzałaś. Jestem Ci wdzięczna, że nie okazałaś ani odrobiny dezaprobaty. Byłaś nawet jakby trochę mile zaskoczona. Powiedziałaś mi potem w przerwie, że każda kobieta w czerwonej sukience jest widziana! Usłyszałam w tym ukryte słowa: „Możesz, Sylwio! Możesz być taka jak ja!”

Mówisz, że Miłość chciała, żebyśmy zaistnieli… 

Ale skoro Miłość chciała, żebyśmy zaistnieli, to chyba niemożliwe jest, by ograniczała się tylko do tego pierwszego, biologicznego aktu stworzenia? 

Jeśli miłość chciała bym zaistniała ten pierwszy raz, to czy potem zniknęła? Czy może zostawiła gdzieś na tej ziemi ślady swojej Obecności??? 

Rozglądałam się za nią często. Szukałam jej śladów. 

I ślad tej Miłości zobaczyłam w Ostródzie! 

A nawet były to dwa wyraźne ślady…

Pierwszy ślad tej Miłości zobaczyłam w tym, że grupa którą stworzyliśmy była bezpiecznym miejscem. Była tam przestrzeń relacji, w której istnieje zgoda na autentyczność. Mogłam tam odsłonić się i pokazać Prawdę o mnie. Nawet tę bolesną i trudną… I spotkałam się pełnym przyjęciem oraz z akceptacją. To było wspaniałe i uwalniające doświadczenie. 

Na czym innym mogłaby polegać Miłość, jeśli nie na zgodzie na drugiego człowieka, prawdzie i akceptacji?

Drugi ślad tej Miłości zobaczyłam w Tobie, Droga Agnieszko. 

Kiedy wybaczyłaś mi moje niestosowne słowa wypowiedziane pod Twoim adresem, zobaczyłam w tym Moc Miłości, która umie przebaczyć, gdy ktoś chlapnie coś głupiego, a jednocześnie która potrafi zadbać o zachowanie godności własnej. 

Zobaczyłam też w Tobie osobę, która nie boi się tego, że w Twojej obecności będzie funkcjonować również inna królowa… A nawet więcej,  w Twoje postawie zobaczyłam odwagę do tego by tworzyć przestrzeń, do tego by takie królowe mogły się narodzić! By było nas więcej! Bo „Godność królewska jest w nas złożona”! We wszystkich ludziach na tej ziemi! 

Pierwszego dnia warsztatów usiadłam na krześle w kącie pod oknem. Drugiego dnia usiadłam na innym krześle w rogu pokoju… Ale trzeciego dnia – nie planując tego w sposób świadomy- usiadłam w miejscu, w którym wcześniej stał Twój fotel. Dostrzegam w tym swoisty wyraz pragnienia, by podążać Twoją drogą i stawać się taka jak Ty!

Chcę być kobietą, która ma odwagę bronić swojej godności, wybaczać ludzkie błędy i tworzyć warunki, by inne kobiety stawały się królowymi!

Do tego potrzebuję Miłości i Odwagi…

Ale dzięki Tobie wiem, że… MIŁOŚĆ NOSI KOZAKI ODWAGI!

Cieszę się, że przy Tobie i innych ludziach tworzących naszą grupę odzyskałam moje życie. 

Z wyrazami szacunku i wdzięczności

Królowa Sylwia

Inne artykuły